Pokazywanie postów oznaczonych etykietą dlaczego BLW. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą dlaczego BLW. Pokaż wszystkie posty

piątek, 11 maja 2012

BLW dla leniwych - wersja nr 3


W naszym wydaniu polegało na tym, że wszyscy jedzą absolutnie to samo.
Poza kilkoma wyjątkami, nie gotowaliśmy warzyw na parze (bo nie lubimy), nie przygotowywaliśmy żadnych osobnych posiłków.
Klucz do sukcesu to kuchenny kompromis.
Śniadanie, kolacja - dzięki dziecku przekonałam się do owsianek i kasz. Poza tym, zawsze któreś z nas dwojga jadło akurat coś odpowiedniego. Dla nas kanapki? Dla dziecka plaster szynki, kawałek ogórka, rzodkiewka. Owsianka? Na spółkę.

Sprawa jest o wiele prostsza odkąd Radzik jest duży i wyrósł z wszelkich nietolerancji. Teraz nawet niegdyś zakazana jajecznica jest idealna do podziału. Na początku, nawet gdy śniadanie wydawało się zupełnie nie dla niemowlęcia, zawsze zostawała opcja podania piętki chleba, którą z chęcią łagodził bóle ząbkowania, a która - biorąc pod uwagę wielkość standardowo jedzonych na początku rozszerzania diety porcji - była całkiem sporym posiłkiem.

Dusimy wyłącznie razem

Obiady - tu osiągnęliśmy mistrzostwo kreatywności - byle zawsze pod jedną pokrywką. Od początku rozszerzania diety jesteśmy maniakami potraw jednogarnkowych, ponieważ spełniają wszystkie kryteria posiłku dla leniwych - szybkie, proste, samorobiące się, a przy tym mogą występować w niezliczonych kombinacjach smakowych. Z kurczakiem, indykiem, wołowiną, bezmięsne, na bulionie, z ryżem, z kasza jaglaną, jęczmienną, gryczaną i bogactwem warzyw do wyboru.

Gdy w lodówce króluje światło

Bogactwo warzyw w naszym wydaniu oznaczało zazwyczaj korzystanie z tego, co akurat zostało w lodówce, dzięki czemu mogliśmy bez przeszkód kontynuować spontaniczne podejście do zakupów, które niejako zakłada brak planu, wszelkich rozpisek i kartek na zakupy. Jest kurczak i brokuł? W towarzystwie czosnku, cebulki i zawsze obecnych w szafce zielonej soczewicy i ryżu tworzy doskonały obiad na zielono. Jest papryka i marchewka? Plus niepalona kasza gryczana, czerwona soczewica i prażone ziarnasłonecznika tworzą całkiem niezły posiłek. I tak - w zależności od zasobów - naprędce tworzyliśmy swoje własne kompozycje, mniej lub bardziej udane...
Jedyne, o czym należało pamiętać, to posiadanie w szafce kilku niezbędnych dodatków: kasze, makarony, soczewica we wszystkich kolorach, trochę ziaren - z takim zapasem wystarczyło znaleźć w lodówce choć jedno warzywo, żeby wyczarować doskonały obiad.

Pulpety i klopsy

W chwilach przypływu kreatywności, można było sięgnąć po mielone mięsa i ulepić coś z udziałem starkowanej marchwii czy posiekanej zieleniny, żeby po kilku minutach wyjąć z garnka gotowe pulpety w dowolnie wybranym kształcie (co sprawdza się na początku BLW).
Pulpety także mają to do siebie, że da się je zrobić absolutnie ze wszystkiego, a jeśli dorzucić do nich poza składnikiem roślinnym także np. kaszę jaglaną, mogą robić za pełnowartościowy posiłek niewymagający żadnych dodatków.

Przyprawy

To sprawa na tyle istotna, że potrafi zepsuć posiłek, jeśli się do niej niedostatecznie przyłoży. Nam udało się znaleźć kompromis także i w tej dziedzinie. W ciągu kilku dobrych lat małżeństwa kupowaliśmy nową paczkę soli może ze 2 razy, nie musieliśmy więc zbyt wiele zmieniać w tej kwestii. Miłośnikom polecam zainteresować się ziołami - choćby majerankiem - które bardzo dobrze sprawdzają się jako zamiennik soli. Z pieprzem było tak, że konflikt w jego sprawie towarzyszył nam od początku znajomości, zupełnie naturalnie więc zostało tak, jak dotychczas - posiłek przygotowujemy z użyciem niewielkiej ilości, a już na talerzu mąż, według uznania, dopieprza swoją część.
Natomiast ziół używamy, ile się da. Dobrane odpowiednio do składników potrawy, potrafią wydobyć najlepsze smaki. Podobnie prażone ziarna, które odkryliśmy stosunkowo niedawno, a których obecność w potrawie na pewno docenią mali miłośnicy rozbierania obiadu na części pierwsze (należy do nich nasz syn, amator pojedynczych ziaren soczewicy i sezamu).
Obiadowy kompromis polegać może wyłącznie na tym, by przekonać się do większych kawałków w początkowym okresie rozszerzania diety, co nie jest przecież ogromnym wyrzeczeniem, a znacznie ułatwia maluchowi uchwycenie czegoś smacznego.

Faktycznie w pewnym sensie BLW jest rozszerzaniem diety dla leniwych. Bez uczenia się schematów, odmierzania gramów kaszki, cięcia na czworo żółtek i miksowania. Nade wszystko dlatego, że umożliwia jadanie ciepłego posiłku w towarzystwie dziecka - w tym samym czasie. W dłuższej perspektywie pozwala dziecku na możliwie szybkie opanowanie umiejętności jedzenia sztućcami, samodzielnego ustalania odpowiedniej do potrzeb porcji czy choćby umiejętnego i pozostawiającego wokół porządek spożycia posiłku - tak po prostu, choć pewnie trudno w to teraz uwierzyć rodzicom zamiatającym spod krzesełka do karmienia sterty rozbabranych części obiadu:)

środa, 9 maja 2012

BLW sposobem na lenia

Już było o przyglądaniu się swojemu menu, było już o początkach, ale skoro blog ma wiele redaktorek, to i wiele zdań na dany temat będzie :)
Ula pisząc o BLW'owych początkach zaznaczyła, że wpis powinien miec podtytuł "BLW dla leniwych :)"
Powiem wam szczerze, że takie jest BLW dla mnie, ale czytając poszczególne punkty Uli pomyślałam sobie "ale dużo roboty... kroić, dzielić, zamrażać..."
Dla mnie początki były trudne, bom "matka wariatka". Ciężko mi się zorganizować i ogarnąć, nie dla mnie schematy, stałe pory, a wiadomo jaka matka takie dziecko ;)
Początki wyglądały tak, że dzięki rozszerzaniu diety dziecka sama zaczęłam jeść coś innego niż bułkę z dżemem. Mama mająca pracującego męża, który często w domu tylko nocuje wie jak bardzo nie chce się gotować dla siebie samej. Bo co to za przyjemność? Ano żadna.
Kiedy pomyślałam, że to już czas, a właściwie kiedy to w czasie jednego z obiadów Lusinka zgarnęła ziemniaki z talerza włączyła się lampka. 
Zaczęło się od warzyw na parze. (Kochane Mamy! Nie miejcie wyrzutów sumienia, że wasze dziecko 3 dzień pod rząd dostaje brokuła i marchewkę gotowaną. Ja miałam, ale uwolniła mnie od tego jedna myśl, a mianowicie: przecież w pierwszych słoiczkach też nie ma jakiegoś rewelacyjnego wyboru!)
Podstawowym założeniem od samego początku było, że dziecko je samo. A wiadomo, że łatwiejsze i dla dziecka i dla rodzica jest ogarnięcie konsystencji stałych, więc zrezygnowaliśmy z zup wszelakich :)
Wiadome było także, że dziecku się nie soli, więc i my z tego zrezygnowaliśmy. Pierwsze 3 dni były straszne. Może nie powinnam tak raptownie soli odstawiać? Wszystko było bez smaku i mdłe, ale czego się nie robi z wygody, którą czasem tłumaczę dbaniem o zdrowie ;) Po 3 dniach nasze kubki smakowe odżyły na nowo. Oczywiście brak soli nie równał się brakowi przypraw. Te sypałam normalnie(, a może dawałam ich jeszcze więcej?): czosnek, tymianek, bazylia, majeranek, oregano, papryka w proszku, zioła prowansalskie i inne. 
I tak zaczęliśmy jeść razem. Dziecko z początku dostawało tylko obiad. Pieczone ziemniaki, mięso, gotowane brokuły, kalafior, marchew, cukinia, papryka, bakłażan, ryba pieczona, w wersji surowej awokado, ogórki, pomidory, cukinia. Z czasem pojawiły się konkretne dania: makaron z sosem pomidorowym, szpinakiem, risotto z ratatujem (moje odkrycie którego dokonałam właśnie przy BLW). Okazało się, że nie ma tu miejsca na monotonię. No może jest, ale nie większa niż w innych przypadkach, bo czy nie zdarzyło się wam szukać jakiejś inspiracji na obiad? Mnie wiele razy.
BLW stawia na obserwację potrzeb dziecka. Musimy uwierzyć, że dziecko da nam znać kiedy będzie potrzebowało więcej jedzenia. I moja Lusia dała taki znak- zaczęliśmy jadać śniadania. Jak już pisałam jestem fanką wszelkich rodzajów placków. Rzecz poręczna i bardzo czysta ;) oprócz placków była jajecznica (absolutnie nie bawiłam się w oddzielanie żółtka!), bułka z masłem, dobra wędlina, ogórek, pomidor, kawałek sera żółtego i twarogu. Czasem i owsianka (manny nie lubi), jaglanka, albo kasza gryczana z twarogiem. Wybór jest spory. 
I tak było też przy wprowadzaniu kolacji. Był już ten czas.
Lusia jest już sporą panną. Ma 13 miesięcy i czasem dopomni się o coś pomiędzy głównymi posiłkami, co mlekiem mamy nie jest. Tu w repertuarze mamy chrupki kukurydziane, wafle ryżowe (sprawdzajcie skład, bo czasem różne świństwa pakują do środka), soki (sok uznaję za posiłek), jabłko, gruszkę, winogrona, mandarynki ect.
Takie jest BLW mamy leniwej/zapracowanej. 
Teraz czekam na etap kiedy to dziecko me będzie chciało mi w przygotowaniu posiłków pomagać ;)

czwartek, 29 marca 2012

Początki BLW - przygotowywanie jedzenia

Podtytuł tego wpisu powinien brzmieć:
BLW dla leniwych :)
Początki BLW są zwykle efektowne, ale niezbyt efektywne. Innymi słowy większa część jedzenia ląduje na podłodze niż u malucha w brzuchu. Na szczęście w drugim półroczu życia najważniejszym posiłkiem jest nadal mleko, więc można sobie pozwolić na eksperymentowanie ze smakami, kolorami, konsystencją i czerpać frajdę z jedzenia.

Nie zawsze jednak frajda dziecka to frajda rodzica. Były dni, że nie miałam ochoty na przygotowywanie dużej ilości potraw (żeby był wybór) w mikroskopijnych ilościach (bo i tak więcej nie zostanie zjedzone).

Na szczęście jedzenie można porcjować. Oczywiście wiem, że to banalne i wiele osób może pomyśleć: też mi odkrycie - zamrażanie jedzenia!Ja z natury jestem kiepskim organizatorem i bezbolesne zaplanowanie obiadów na wiele dni do przodu było dla mnie czymś super.

Zupa, kaszka
Na początek gotowałam zupę, a raczej wywar z kilku warzyw z dodatkiem przypraw. Zazwyczaj były to marchewka, pietruszka, seler (córka nie była uczulona), kawałek kapusty, ziarenka pieprzu, ziele angielskie, imbir, słodka papryka. Dawałam taką zupę 8-9 miesięcznej córce. Robiłam jej więcej i większość wlewałam do woreczka do robienia kostek lodu i mroziłam. Kiedy chciałam dać Basi zupę po prostu rozmrażałam 2-3 kostki.

Podobnie można mrozić kaszkę kukurydzianą albo manną. W ten sposób zawsze pod ręką miałam obiad, a gdyby się okazało że w danym dniu Basia ma wyjątkowy apetyt mogłam szybko "dorobić" więcej.

Ryba/mięso
Po kupieniu kroiłam je na odpowiednie porcje i mroziłam. Przed obiadem wyjmowałam tylko malutki kawałek i odgrzewałam na parze.
Uwaga: na początku dzieci zazwyczaj nie "gryzą" mięsa tylko je żują i następnie wypluwają. Dlatego lepiej jest dawać im większe, łatwiejsze do trzymania kawałki pokrojone wzdłuż włókien.

Warzywa, owoce mrożone
Oczywiście najlepsze są świeże i do tego z własnego ogródka. Kiedy my zaczynałyśmy wprowadzanie dodatkowych pokarmów nie było jeszcze sezonowych warzyw, więc prawdziwym zbawieniem były dla mnie mrożonki. Kupowałam mieszanki, albo kilka paczek różnych warzyw i codziennie mogłam "zabłysnąć" innymi warzywami.
Na początek najlepiej się sprawdzały: kalafior, brokół, dynia, fasolka szparagowa. Są wygodne do trzymania i mają dobrą konsystencję.

Warzywa całoroczne
Przede wszystkim ziemniaki. Jeśli nasze dziecko ich nie lubi można spróbować z batatami (słodkie ziemniaki). U nas marchewka się nie sprawdziła w pierwszych miesiącach, bo jest zbyt miękka i Basia łatwo się krztusiła.


Owoce
U nas królowały jabłka. Moja 7 miesięczna córka jadła je całe w skórce, głównie dlatego że miała już 4 zęby i gdy były obrane odgryzała za duże kawałki. Mając niepokrojone jabłko skrobała je dookoła. Wspaniałe są też banany i wszystko to co nasz maluszek polubi.

Picie
Do picia dawałam wodę. Ponieważ córka była "niebutelkowa" to od razu zaczęłyśmy naukę picia z kubka. Są różne kubki do nauki picia, osobiście nie stosowałam niekapka, bo wyszłam z założenia że wolę na początku się więcej napracować, ale od razu nauczyć Basię że nie można za bardzo machać kubkiem ani go przechylać.

Ile na początek?
Zaczynałam stosowanie BLW od obiadów, bo nie miałam czasu ani możliwości robić śniadań, ani kolacji. Pierwsze spotkania z jedzeniem były więc raczej przygodą i dodatkową zabawą niż pełnowartościowym posiłkiem.
To przecież nie wszystko
Piszcie proszę swoje własne patenty na to jak stosować BLW, żeby się nie narobić ;)

czwartek, 23 lutego 2012

BLW w gościach

Czyli ciąg dalszy o dziecku w terenie. Ostatnio z mężem nad tym dyskutowaliśmy i chciałabym też was namówić do dyskusji.
BLW wybraliśmy m.in. dlatego, że jest wygodne. Jako, że karminy się nadal piersią nie potrzebujemy butelek, mieszanek, wody w temperaturze 70 stopni i innych gadżetów potrzebnych rodzicowi dziecka będącego na mm. BLW sprawia, że nie potrzebujemy też słoiczków, miseczek, łyżeczek i innych bajerów. Wystarczy śliniako-fartuszek i opcjonalnie miseczkę z przyssawką, ale tym razem nie o tym.
Nasza rozmowa dotyczyła naszego wyjazdu do rodziny. Oboje decydując się na ten sposób żywienia wiedzieliśmy, że będziemy robić odstępstwa od naszej domowej diety, że dziecko dostanie czasem rzecz soloną czy mniej zdrową. I doszło do dyskusji na temat tego co Dziecko będzie jadło na najbliższym wyjeździe.
Stanęło na tym, że będziemy wybierać z tego co dają tylko pod jednym warunkiem. Że będziemy tam "prawdziwymi gośćmi". Co przez to rozumiem? Ano to, że gościem czuję się tam gdzie nawet herbaty sama sobie nie robię ;)
A zarówno u moich rodziców jak i u męża mamy swobodny dostęp do kuchni i lodówki, tak więc będziemy sami oś przygotowywać, a właściwie już to robimy (bo jesteśmy u męża rodziny) i absolutnie nikt nam nie ma tego za złe.
A jak jest u Was? Czy u cioci na imieninach pozwalacie na małe "grzeszki"? Czy wszędzie chodzicie ze swoim jedzeniem? A może folgujecie sobie i dziecku również u bliższej rodziny?

sobota, 4 lutego 2012

BLW'owe dziecko na miescie

Niektórzy myślą, że rodzice którzy decydują się na rozszerzanie diety swoim dzieciom zgodnie z BLW są ambitni, ekologiczni, albo wszędzie chodzą z własną wałówką, bo przecież na mieście nie zawsze można zjeść zdrowo.
Z grzeczności nie zaprzeczę, ale jestem Mamą, która zdecydowanie z ekologią ma bardzo mało wspólnego, ba jestem Zielono Zielona ;) Za to jestem Matką wygodną, która nie wyobrażała sobie gotowania dla siebie i męża i osobno dla dziecka. Dla mnie mniejszym problemem było zmodyfikowanie swojej diety i sposobu odżywiania niż stanie przy garnkach czy kupowanie gotowców.
Zdarzy mi się zabrać coś ze sobą, kiedy muszę z dzieckiem pojechać na zajęcia, albo w miejsce gdzie po prostu nie ma "jadłodajni". Są to wtedy najczęściej placuszki smażone na suchej patelni albo pieczone albo pierożki w wersji pieczonej, które są równie smaczne na ciepło jak i na zimno.
Ale kiedy wiem, że idę na "miasto" to zawsze znajdzie się miejsce przyjazne dziecku. Do tej pory z Córką jedliśmy w takich miejscach jak Ikea, restauracja ze stekami, sushi bar. Dlaczego? Ponieważ wiem, że znajdę tam coś co będzie mogło zjeść dziecko.
W Ikea nikt nie patrzy dziwnie jak z tacki lecą brokuły :) Mają w menu warzywa gotowane na parze i gotowanego łososia. Czego chcieć więcej? Do tego masa krzesełek, przewijaki na każdym kroku i miły rozgardiasz. 
Na stek ochotę miał mąż. W menu oczywiście pojawiły się "tradycyjne" dania dla dzieci- smażone na głębokim tłuszczu, ale było coś też dla naszego dziecka. Pierś kurczaka smażona na suchej patelni i gotowana kukurydza. Oczywiście jak przystało na porządną restaurację nie było problemem, żeby kucharz nie posolił dania- duży plus. Do tego brak soli nie oznaczał braku smaku. Inne przyprawy zostały bez zmian. Posiadali krzesełko do karmienia, a kelner pełen podziwu i konsternacji patrzył jak dziecko posługuje się małym widelczykiem i donosił kolejny za każdym razem jak jeden spadł na ziemię :)
Sushi to prezent urodzinowy. Na początku pierożki, które znikały bardzo szybko, później ryż, który jak to ryż do sushi był kleisty i bardzo łatwo można było go złapać w rękę. Wiem już, że Córka lubi tuńczyka, ale za surowym łososiem nie przepada. No i ostre przyprawy. Chili jest ok, ale wasabi już nie, bo za bardzo kręci w nosie. Plusem miejsca było to, że mimo braku przewijaka łazienka była duża, a w połowie sali był parawan za którym się schowaliśmy i nie było problemu, że dziecku coś spadło.

Oczywiście w każdym miejscu obsługa dostała napiwek za ten niewielki bałagan :)
Czym kierować się przy wyborze? 
Po pierwsze menu- jasne, że jak dziecko dostanie kilka frytek to nic mu się nie stanie, ale dobrze jak mają warzywa gotowane, albo pieczone mięso.  Frytki niech będą co najwyżej dodatkiem.
Po drugie frekwencja- tyczy się ona nie tylko wybierania miejsca dla dziecka, ale i dla siebie. Dużo ludzi= świeże jedzenie. Świeże znaczy nie mrożone (nie chodzi tu o np. mrożonki warzywne, ale ugotowaną brukselkę, zamrożoną po raz kolejny i odgrzaną), nie odgrzewane w mikrofalówce. I tak jak sushi bar. Jest to miejsce cieszące się dobrą opinią, w którym podają surowe ryby. A skoro jeszcze nikomu nic nie zaszkodziło, to takie ryby muszą być świeże, bo o to chodzi w całej idei sushi.
Po trzecie czas- polecam środek tygodnia. Weekend nie jest dobrym czasem ze względu na ilość ludzi. Po pierwsze tłumy rozpraszają, po drugie ja sama czułabym się niekomfortowo jakby ludzie patrzyli się na nas jak jemy. W końcu 8 miesięczne dziecko jedzące samo to nie jest jeszcze codzienny widok.
Po czwarte krzesełko do karmienia- oznaka, że dzieci chociaż w teorii są mile widziane. Skoro właściciel takowe udostępnia to znaczy, że liczy się z tym, że może zapanować mały chaos :)
.
A jakie Wy macie doświadczenie z wychodzeniem z dzieckiem na "miasto"?
Macie swoje ulubione miejsca, które możecie polecić?
Co powiecie na serię postów opisujące takie miejsca przyjazne BLW'owym dzieciom? Ja mogę opisywać takie miejsca w Trójmieście :)






poniedziałek, 5 grudnia 2011

Zacznę od końca, bo podsumowaniem:)

Jakie jest nasze BLW? Zupełnie inne niż kilka miesięcy temu i jeszcze inne niż na samym początku. W siedemnastym miesiącu swojego życia Radzik jest już dojrzałym konsumentem, a my – doświadczonymi obserwatorami. To nie oznacza jednak, że odkryliśmy jego upodobania – te akurat zmieniają się z dnia na dzień, zupełnie niespodziewanie.
Zaczęliśmy warzywami na parze. Wrrrróć – zaczęliśmy słoiczkiem z marchewką jak klasyczna rodzina ;) A że nie spotkał się on – delikatnie mówiąc – z nadzwyczajnym zachwytem, całkowicie usprawiedliwieni i ostatecznie przekonani o słuszności podjętych decyzji, posadziliśmy dziecko za stołem z warzywnymi smakołykami do wyboru. Od pierwszego wejrzenia wszyscy – ze szczególnym uwzględnieniem Radzika – wiedzieliśmy, że to TO.

Kolejnym kamieniem milowym było pierwsze mięso – okazało się silnie uzależniające i od tamtej pory nasze dziecko, ku rozpaczy wegeśrodowisk, nie mogłoby żyć bez pieczeni, kurczaka i szynki. Miłość do mięs przybrała w pewnym momencie formę tak skrajną, że przez 3 miesiące z menu Radzika wyleciało wszystko, co mięsem nie było (nie licząc mleczka, ma się rozumieć). Jako, że w naszym domu króluje filozofia zaufania do dziecka i jego wrodzonej intuicji, przyjęliśmy z (umiarkowanym) spokojem tę fazę, jak się okazało – przejściową. Trwała od momentu pierwszych prób wstawania przy meblach aż do postawienia pewnych kroków – matczyna intuicja mówi mi, że dietetyczny eksperyment mięsny był w jakiś tajemniczy sposób związany z tą nową umiejętnością.

Następna faza zaczęła się z przytupem – a raczej z energicznym wyrzutem mięsa z talerza – z dnia na dzień stało się ono jedynie jednym z wielu składników menu, zaś łaska obficie spłynęła na wszelkie owoce. I tak jest – z grubsza – do dziś.

Największe zmiany nadeszły kilka miesięcy temu – najpierw sztućce, do niedawna wzgardzone, weszły w skład naturalnie używanych akcesoriów. Zupa widelcem? Ależ da się! Podobnie kanapka łyżeczką. Najpierw nabijanie, teraz szuflowanie – patrząc na dziecko raczkujące w temacie sztućców, człowiek uświadamia sobie, jak cholernie trudną umiejętność opanował i stosuje z powodzeniem wiele razy dziennie – szok, że nie można sobie tego wpisać w CV! Mozolnie nabierasz, dokładasz palcami, jeeeedziesz do buzi i milimetr przed metą wykonujesz jeden fałszywy ruch – kaplica – przełykasz ślinę i strząsasz ze spodni cząsteczki obiadu. Aż żal ściska biedne serce rodzica, gdy dziecko woli obejść się smakiem ulubionego obiadu niż spaść o stopień niżej w drabinie ewolucji i spożyć danie palcami.
Teraz czekamy na wejście noża – nie spieszy nam się z oczywistych względów ;) Na obiad już dawno nie jemy brokułów na parze, bo Radosławowe podniebienie domaga się smaków bogatszych i pełniejszych – ostrych przypraw, ziół, czosnku, którego tu i ówdzie tak boją się mamy początkujących smakoszy. Jako mama jestem dumna, jako współjedząca – czerwienię się ze wstydu, myśląc o swoich fobiach jedzeniowych, zwłaszcza gdy widzę Radzika z oliwkami, wcinającego wątróbkę, czy popijającego wodę z szynką i masłem. Ale o tym ostatnim opowiem Wam innym razem;)

Julita


wtorek, 1 lutego 2011

organizujemy się

Synek niedawno skończył 6 miesięcy, a ja sięgam po książkę Bobas Lubi Wybór. Wszystko, co będzie dalej, zostanie udokumentowane na tym blogu. Dlaczego blog i dlaczego książka?

1. blog - bo gdy zbliżała się szósta miesięcznica dotarło do mnie, że to co brzmi, jak oczywistość, czyli wprowadzanie stałych pokarmów do diety dziecka, zaczyna mi się jawić jako ciężka wędrówka na wysoką górę, dzień po dniu, dzień po dniu, dzień podobny do dnia - i zupełnie nie wiem od czego zacząć. I mam mnóstwo pytań. A ponieważ pisanie pomaga mi stawić czoło rzeczywistości (wiem to z doświadczeń z blogiem "zła kucharka"), założyłam nowy blog.

2. książka - bo zainspirowała mnie metoda baby-led weaning, a nie chciałam opierać się wyłącznie na tym, co można znaleźć na forach internetowych na temat BLW. Uznałam, ze jest to cenne, ale wybiórcze. Książka ogarnia całość. Odpowiada na wiele pytań, na które nie znajduję odpowiedzi w sieci. Ale - przyznam - budzi tez wiele pytań. I tu wracam do punktu jeden - "dlaczego blog?". Blog nie będzie bowiem jedynie dokumentacją moich (a raczej mojego synka) doświadczeń z jedzeniem. Chcę, by był krytycznym opisem książki: co się sprawdza a co nie; co wymaga dopowiedzenia, a co jest jasne i nie budzi zastrzeżeń.

I jeszcze jedno pytanie na początek, bardziej podstawowe: DLACZEGO W OGÓLE BLW?
Zachęcona przez przykłady z życia (2-letnia córka Ani Z., mojej znajomej, która wydała książkę w Polsce je na śniadanie płatki żółte i listek kapusty) i zniechęcona przez inne przykłady z życia (3-letni synek innej znajomej nie chce prawie nic jeść, poza kanapką z nutellą), zdecydowałam się na wybór metody, która pozwoli mi:

- nie wychować niejadka (i ciągle mam nadzieję, że sposób wprowadzania jedzenia ma wpływ na przyszłe wybory kulinarne dziecka);

- nie prowadzić osobnej kuchni dla nas i dla dziecka;

- pozwalać sobie na eksperymentowanie w kuchni, co tak bardzo lubię;

- prowadzić bez przeszkód udane życie towarzyskie (np. dać się zapraszać na obiady do znajomych).

Z tego, czego dowiedziałam się dotąd, BLW jest taką metodą.